Piotr – Rowerowe story

Piotr – Rowerowe story

Moje story z rowerami zaczęło się chyba tak jak każdego czyli za małolata. Mój tata nauczył mnie jeździć i do dziś pamietam, jak zapewnił mnie ze trzyma za kijek, po czym biegł za mną i nagle mnie wyprzedził… Wtedy jeździłem na słynnym Reksiu potem przesiadłem się na BMX’a Rometowego, a po jakimś czasie na Trawersa. Po ślubie odziedziczyłem rower po żonie – Amulet 10.300.

Rower służył mi głównie do komunikacji w mieście. Przemieszczałem się na nim praktycznie wszędzie w lato i w zimę. Niestety zima swego czasu zweryfikowała moje podejście. Przewlekłe infekcje górnych i dolnych dróg oddechowych dały się we znaki i od tamtej pory ciepłe pory roku były jedynymi, w których jeździłem na rowerze.

W 2016 roku mój szwagier Michał zaczął jeździć w amatorskiej lidze. Ja, pewny że to prosta sprawa walnąć 20-30km po górach, raz się na taki rajd zapisałem. Zaczęło się od Morawicy koło Kielc. Żeby było śmieszniej namówiliśmy szwagierkę czyli żonę Michała która z rowerem miała taką styczność jak ja czyli “troche se śmigam”. Żeby było ciekawiej i jeszcze prawdziwiej rajd wypadł w dniu urodzin Anki mojej szwagierki. Dostała w prezencie koszulkę żeby jej lepiej poszło….

No i START

Pamiętam tylko jak jadę na rowerze i wszyscy mnie wyprzedzają. Wtrącę, że pierwsze starty odbyłem bez wpinek i dziwiło mnie, że trzeba jeździć w obcisłych dopasowanych strojach. Sam jechałem w bawełnianym t-shirt’cie. Mało tego wydawało mi się że moja forma nie jest aż tak tragiczna bo cały czas trenowałem minimum 2 razy w tygodniu – wprawdzie tańczyłem, ale to zawsze ruch.

Morawica 2016. Jak widać obstawiam tyły w mojej bawełnianej koszulce bez SPD i bidonu. Zdjęcie z kolekcji: https://onedrive.live.com/?authkey=%21ANKcKB7PHT4cAjY&id=97BD33A6ECA697AB%214869&cid=97BD33A6ECA697AB

Trasa i moje podejście zweryfikowały wszystko. Co ciekawsze pojechałem bez żadnego bidonu. Ale… śmieszniejsze było to że zjechalismy juz z trasy i czekaliśmy na jubilatkę. Jakże szczęśliwa zadzwoniła do swojego męża informując go że nie wie gdzie jest i jej sie przerzutka zepsuła. Szwagier podpowiedział jej żeby nie zmieniała biegów to uchroni ją od kolejnych problemów z biegami. Anka finalnie walcząc z bezsilnością i łykając słone łzy dojechała. Zła jak pszczoła ale… opowiedziała fajną historię 🙂 Jak jechała dogonił ją inny zawodnik z kobietą i podpowiedział jej żeby zmieniła biegi. Anna niewiele myślac odpowiedziała “Nie mogę mąż mi zabronił”. Pamiętam jak smialiśmy się z tego na parkingu ładując rowery że Michał to musi być ostrym dyktatorem.

Po starcie postanowiłem że przerzucę się na SPD i pojadę chociaż jeszcze jeden rajd. Po pierwszej próbie w pedałach było fajnie. Czucie roweru się zwiększyło i się cisnęło do odcięcia. No i zacząłem jeździć do biura na rowerze w SPD. Odcinek ok 3-4km wprawdzie niedługi ale miał mnie przyzwyczaić do jazdy. Przy pewnym powrocie z pracy, chcąc zahamować przed pieszym tak fiknąłem, że jak córka zobaczyła mnie wyglądając z balkonu powiedziała tylko o nic nie pytając “tatuś idę po plasterki”. Od wtedy jeździłem z pedałami SPD ale bez butów z blokami…


Pierwszy raz w obcisłych legginsach tuż przed startem w Daleszycach 2017. Nadal bez SPD. Foto by Szwagier

Plan – pojechać w Family. Ugadałem się ze szwagrem podczas spotkania, że widzimy się na rajdzie. W trakcie ostatniej debaty mówię do niego “Będzie dzisiaj wieczorem u mnie Jędrek”. Jędrek dotarł i wymienił mi szwagra, który poszedł się przygotować mentalnie i wyspać a my z Jędrkiem odpaliliśmy afterparty. Ciekawe było to, że w połowie rozmowy pojawił się temat tego rajdu a co lepsze! Oboje postanowiliśmy w nim wystartować!!! Rano jeszcze lekko wczorajsi pojechaliśmy się zapisać. … zapomniałem o jednym. Że na mojej ramie jest linka do przypinania roweru… Tylko ja kluczyka nie mam bo zgubiłem. No ale przecież nie będę jechał rajdu z tym badziewiem, bo mi obtłucze lakier… Zostałem w samochodzie z dwoma rowerami i piłką do metalu coby ją obciąć. (Dźwięk z piły na miejscu gdzie wszyscy rozpakowują rowery podejrzewam, że był nieco niepokojący). Jędrek poszedł po numery.

Uporałem się z linką i pojechaliśmy na miejsce startu. Pamiętam ustawiliśmy się strategicznie… na samym końcu. To taka strategia na podbudowanie własnego ego “chociaż kogoś wyprzedzę”. Koło nas stał jeden ze startujących i dziwnie rytualnie włożył rower do fontanny i polewał tarcze hamulcowe wodą. Myślałem że to jakiś zawodowiec. Wiecie głupie myśli w głowie “startuje z końca… pewnie wszystkich pyknie… a to smarowanie hamulca wodą to jakiś patent którego nie mogę zrozumieć bo startuje drugi raz tak na prawdę”. Jak dojechaliśmy na metę to tylko żona ze szwagierką powiedziały nam ze chyba tego zioma właśnie przywieźli zaraz po starcie z kontuzją bo się wywrocłi….

No i… START

Znowu miałem fazke żeby karnąć się bez bidonu. Więc cisnąłem w korbę bez wody. Pamiętam jak w pewnym momencie jedzie koleś i patrzzy ze ja bez bidonu wręcz krzyczy na mnie że w taką pogodę (a było na prawdę gorąco tego kwietnia) nie można bez wody jeździć. Ja z tyłu głowy miałem ochote mu powiedzieć “weź chłopei wy…skakuj z butów”. Pamiętam jak dogania mnie szwagier i raczy mnie woda ze swojego bidonu i jedziemy już trasę razem. Co śmieszniejsze jak do mnie dojechał i mnie napoił t-shirt bawełniany przylgnął mi do pleców i zrobiło mi się mega zimno w ten upalny kwietniowy dzień. Energia odeszła a tu zjazd hardcorowy (ten zjazd jest dość charakterystyczny i pojawi się dalej w tej historii). Pamiętam jak dziś jak szwagier mówi do mnie że on podziela moje zdanie nt tego zjazdu i że nie ma bata że zjedziemy. On jedzie na “hulajnoge” a ja zbiegam z rowerem. Na forum potem o nas pisali 😀 że byli tacy co zjeżdzali tam na hulajnoge albo biegli z rowerem co jest niedopuszczalne!!!

Ja ze szwagrem – Chęciny 2017. Jak dobrze się przyjrzycie – nie mam bidonu i jestem w bawełnianym t-shirt’cie 🙂 Nie wspominając już o okularach 😀 żeby nie było że gołosłowny jestem 🙂 Zdjęcie z kolekcji https://photos.google.com/share/AF1QipP_AxBvl43U3T2GarQdi9OgMrdmui2aiL8JkLQzlUVV2wigtRWwN5EEmBHdVCtEuw?key=RVV3ek5GMTJvRXN5Vldvd3lHWVZ4aWNZaFlJdEZn

Po drodze w pewnym momencie przed drugim od końca wzniesieniem (góra Rzepka) pojawia się ktoś kto biegnie pchając rower. Pamiętam że mówię do szwagra że coś tu jest nie tak i dobrze chłopa musiało odpalić jak sputnika w kosmos… dojeżdżamy do biegacza … a tu ucieszony Andrzej mówi że urwał wózek od przerzutki dlatego pcha rower. No i niestety dalsza trasa nie będzie już tak prosta jakby się wydawało i trzeba pizgać na piechotę. Grunt że optymizm Andrzeja pchał go na ostro 🙂

Zajechani jak stopy pielgrzyma zeszliśmy z rowerów i wpychaliśmy je tak we trzech pod Rzepkę. Śmialismy sie że wczoraj dobry meeting był i ze wczoraj postanowienie było,  że dzisiaj ciśniemy. Oczywiście padło “szwagier ales mnie #$#%$#% namowil więcej się nie dam” w dwie strony z usmiechem na twarzy 🙂 Jędrek znalazł jeszcze ostatki energii i pognał jak struś pędziwiatr, a my ze szwagrem już tylko z usmiechem klnąc jak szewcy jechalismy dalej. Ostatnia góra – oficjalny podjazd na zamek w Chęcinach. Pamiętam że ludzie robili sobie fotosy i kobieta mowi “zejdźmy z trasy bo jadą zawodnicy”. Byłem zajechany jak żółwia stopa… zszedłem z roweru i powiedziałem – “niech Pani robi zdjęcie bo my nie mamy siły” (sportowcy pomyślałem sobie…).

Jak zszedłem po tej trasie z roweru jedyne co mi było trzeba to pić… Oczywiście poszliśmy zjeść. Jedzenie było tak pyszne że hohohoho 🙂 Do dzisiaj pamiętam smak tego gulaszu… Mało tego zanim zacząłem jeść i chwyciłem widelec to mi się ręce ze zmęczenia trzęsły…. Nauczka na kolejne trasy i tak nie została powzięta… Dopiero w połowie sezonu odezwał się duch walki. Wtedy wróciłem do jazdy w SPD i kupiłem pierwszą odzież na rower (podstawowy strój z Decathlonu z gąbką coby dupy nie odgniatać). Z tego sezonu pamiętam jeszcze szalony rajd w Piekoszowie. Zjechaliśmy ze szwagrem z trasy, a że szwagier uczulony na trawy jest a okres pylenia był w zenicie – nie mógł tchu złapać. Alergia lała się po jego twarzy. Poprosił żeby mu przyniósł coś do picia. Przyniosłem w kubeczkach oranżade bo woda się skończyła. Ten myśląc że to woda wylał ją sobie na głowę…

Sezon się już zamykał ale postanowiłem sobie zrobić tym sezonem prezent (tak… rzeczywiście mi się należał… na pewno… ). Pamiętam że szukałem jakiegoś roweru, a że moja żona wcześniej związana była amatorsko z kolarstwem powiedziała do mnie “Specialized” i zacząłem szukać roweru w sieci. Okazało się że jedyny sklep, który sprzedaje takie rowery w Kielcach to Metrobikes.pl. Pojawiłem się w sklepie i przywitał mnie Grzegorz Mazur z pytaniem “czego potrzeba”. Powiedziałem że potrzebuje 29era on pokazał mi jednego ale rama była troche za duża. Zamówił mi rower do przymiarki… i tu też nie obyło się bez historii. Umówiłem się na przymiarkę na następny tydzień, kiedy rower miał przyjechać z drugiego sklepu Metrobikes.pl czyli z Lublina. Dzwonię dzień przed umówioną przymiarką ale nikt nie odbiera. Dzwonie drugi… trzeci…  czwarty raz. W końcu zadzwoniłem do sklepu w Lublinie. Okazało się że Grzesiek w drodze do pracy się wywrócił i pękła mu miednica… Normalnie historia jak z horroru. Ale zapewniono mnie że ktoś przyjedzie i mi pokaże rower. Adam przywitał mnie w sklepie i dostałem rower do jazdy testowej. Przesiadka z 26tki na 29tke … to jest jak zamiana szlug slimów na cygaro. Siadłem jak na harleyu. I tak Epic stał się mój.

Dopiero po roku startów w FAMILY na MTBCross Maratonie i kilka przybranych kilogramów zmotywowały mnie do wzięcia się za siebie. W połowie stycznia 2018 (a może i nawet później) poszedłem na pierwszy trening Spinningowy w FitManii w Kielcach. Na trening namówiła mnie żona (na pytanie czyja, bo sam takie głupie zadaje odpowiadam MOJA ŻONA). Ja oczywiście sceptycznie nastawiony, że nikt mi nic na tym rowerze nie udowodni, a już na pewno nie na siłowni / fitnesie. Ewelina (bo tak ma na imię instruktorka) wycisnęła ze mnie pot na ostro jak wodę z gąbki. Po pierwszych zajęciach w bawełnianej koszuleczce i spodenkach przez tydzien nie mogłem siąść na siodle bo się tak poobcierałem od wstawania i siadania. Z każdym treningiem nabierałem szacunku do tych zajęć. Na jedne z kolejnych trafiłem do Maćka Paciorka, z którym ok 15 lat wcześniej trenowałem Karate. Ciekawe było to, że zmotywował mnie do tego stopnia, że już nie raz na tydzień / dwa cisnąłem ale dwa / trzy w tygodniu. To pozwoliło stworzyć fundament pod nowy sezon.

Rok 2018 zaliczam do chyba najbardziej udanych i spełnionych. Przeniosłem się na FAN’a w MTBCorss Maratonie co podniosło znacząco poprzeczkę. Sportowe życie weszło mocniej w rutynę. Problemem kiedy trenujesz i pracujesz zawsze jest czas więc zaczynasz go mocniej szanować. W połowie sezonu odezwał się do mnie Grzesiek Mazur z którym miałem okazję rozmawiać kilka razy raczej per Pan i zapytał czy chciałbym wystartować pod labelem Metrobikes.pl. Kuźwa… jak wyszedłem ze sklepu to pamiętam że czułem się podjarany jak paczka zapałek przy robieniu smoka (o ile bawiliście sie w takie zabawy to oddałem feeling mam nadzieje).

Zaczynamy niebawem letni sezon 2019 i tu historia dalej będzie się pisać.