Andrzej – Rowerowe story

Andrzej – Rowerowe story

Przygoda z rowerem… było to bardzo bardzo dawno temu. Z tego co pamiętam był to czerwony czterokołowiec, wszyscy dookoła pracowali więc nikt mnie nie trzymał za kija, który powinien wystawać z którejkolwiek części roweru, rowerka. Jazda rowerem dla wiejskiego dziecka była wielką atrakcją jak na tamte czasy. Nie było smartfonów. Jak za Kononowicza, nie było niczego. Moja trasa na miarę tras XC, ciągle powtarzająca się, od bramy do asfaltowej drogi (dalej było zakazane żeby mnie coś nie przejechało). Moja trasa była z utwardzonego żużlu. Po dziś dzień mam na kolanie ślad tej drogi, po jednej z wywrotek zbytnio się nie przejmując jeździłem dalej. Podczas wieczornej kąpieli nikt nie zauważył małego kamyczka który schował się w moich tkankach i tak szczęśliwie zrósł się ze mną i towarzyszy mi każdego dnia.

Kolejny rower, który dosiadłem to rower po mojej starszej siostrze. Ten szczęśliwy dzień nastąpił w dniu uroczystości Komunii Św. mojej siostry. Była to ponownie czerwona maszyna. Charakterystyczną cechą było to, że szprychy zostały ozdobione przez kolorowe koraliki i co najważniejsze jeździłem już sam. Czułem się jak dorosły, chciałem zakładać rodzine… .

Pierwszy nowy rower, który dostałem, był to rower od mojego chrzestnego. Mogłem go sobie wybrać sam. Budżet był nieograniczony, mogłem poszaleć. Zakup dokonany na giełdzie motoryzacyjnej w Słomczynie “pod czerwonym rękawem” (jak ktoś kiedyś był to będzie wiedział ocb). Był to pierwszy FS w moim życiu (chyba dlatego dalej jeżdżę na FULL’u). Był to rower GRAND G250, sprężynowy damper, 21 biegów, najlepsza maszyna we wsi. Było trochę akcji z tym rowerem, ale to może następnym razem.

Po wielu latach braku zainteresowania rowerowaniem oraz jeżdżeniem tym co było pod ręką (rowerami typu składak albo jakaś tam ukraina) przyszedł czas na poważniejszy zakup a stało się to sprawą dwóch ziomeczków, którzy obecnie w ogóle nie jeżdżą na rowerach (z tego miejsca pozdrawiam Janka i Mariana). Zaczęło się od tego że wspólnie “studiowaliśmy” w stolicy, a że było wiele pokus dookoła to rzadko kiedy trafialiśmy na uczelnie. Ziomeczki rozpoczęli poszukiwania rowerów, wszystkie sieciowe sklepy, specjalistyczne itd. Podczas jednej z eskapad wpadliśmy do Decathlonu. W alejce z rowerami na chwilę zatrzymał się czas, wtedy go ujrzałem, był to czarny jak noc ROCKRIDER 6.3 (znowu FULL) 26er, 27 biegów. Po dziś dzień stoi (a raczej leży) w częściach w garażu i czeka na swój czas. Do tego roweru też opowiem jeszcze wiele historii, zaczynając od wyjazdu na mazury z Marianem. Wyjazd budżetowy bo kasa poszła na palenie i jedzenie więc spaliśmy w aucie (astra kombi) nad jeziorem, na polu kempingowym, z tymże nie spaliśmy na “pace” tylko na fotelach z przodu, Marian wspomina że po dziś dzień boli go kręgosłup od tego.

Tym budżetowym rowerem rozpocząłem przygodę z maratonami MTB. A wszystko to zaczęło się od tego że umówiłem się z Piotrem i jego szwagrem (obecnie moim sąsiadem) na przejażdżkę… i oni nie przyjechali. Umawialiśmy się wtedy kiedy w ogóle się poznaliśmy, był to piątek wieczór a jak to w piątek wieczór coś tam dziabnęliśmy. Kolejne podejście było już udane i już na poważnie… na poważnie bo się udało ale poważnie nie było, po którejś już flaszce Michał (szwagier – sąsiad) mówi chodźcie na rajd “FAJNIE BĘDZIE”. A my na to UUUU, JEDZIEMY! ! ! No i pojechaliśmy na podwójnym gazie, w bawełnianych luźnych spodniach i adidasach. Dopóki się nie zmęczyłem wszystko było dobrze, nawet dalej wierzyłem w to że “FAJNIE BĘDZIE”, czar prysł po około 10 minutach, jak cały tłum zawodników (może setka) wjechało w polną drogę, od kurzu i pyłu przez chwilę zniknęło słońce, straciłem oddech. Odzyskałem wiarę dopiero po tym jak zobaczyłem człowieka który jechał na jednym kółku, rajd MTB, noż kur**, rajd MTB na jednym kółku? ! ? ! Gdyby to był rajd dookoła studni na rynku w Chęcinach to byłoby to nawet normalne, ale to był rajd MTB w Chęcinach, jeden z najtrudniejszych, najcięższych i najbardziej wymagających pod względem technicznych rajdów w całej serii MTBCROSSMARATON. Podczas tych zawodów przez głowę przefruwało mi wiele pytań “po co?” “dlaczego?” “masochizm za darmo?” “daleko jeszcze?” “czy przeżyję?”. Pomimo oczywistych problemów związanych niemożliwością połączenia wielkich ambicji z brakiem kondycji, pokochałem rajdy MTB, a wszystko za sprawą zjazdów, nienawidzę podjeżdżać ale uwielbiam zjeżdżać, a żeby zjechać to trzeba wjechać więc siłą rzeczy musiałem polubić podjazdy żeby celebrować zjazdy .Gdyby nie było zjazdów na pewno bym nie jeździł.

Ta przejażdżka wyzwoliła ze mnie wiele emocji, sprzecznych ze sobą, przez ten czas wiedziałem jak się czuje kobieta podczas okresu, wtedy to rozumiałem. Na szczycie podjazdu cieszyłem się że będzie zjazd, po trzeciej albo po czwartej takiej sekwencji na chwilę przestałem się cieszyć z nadchodzących zjazdów bo wiedziałem że znowu trzeba będzie podjeżdżać a dawało znać o sobie zmęczenie, kac i brak pożywienia na trasie. Przy którymś zjeździe wydarzyło się coś dziwnego, coś uderzyło w mój rower, poczułem szarpnięcie i po chwili usłyszałem że coś mi się obija o szprychy. Dopóki zjazd się nie skończył nie wiedziałem co się dzieje. Na dole okazało się że urwałem wózek, on zaś wpadł w szprychy łamiąc 4 z nich. Całe szczęście stało się to blisko punktu kontrolnego, na którym zostałem poinformowany że zostało jeszcze 6 km do końca trasy. Na szybko odkręciłem koło, unieruchomiłem wózek i łańcuch żeby nie przeszkadzał. Odechciało mi się wszystkiego, ale na szybko przeliczając sytuację i biorąc pod uwagę to, że będę szedł to stracę na to około godziny. Stwierdziłem, że nie mam siły na to oraz jest zbyt gorąco, więc zacząłem biec. Biegłem ile mogłem, jak nie mogłem to szedłem, jak nie mogłem iść to się wdrapywałem pod górkę. Śmieszne były zjazdy. Wskakiwałem na rower jak Ojciec Mateusz i zjeżdżałem.

Ostatni podjazd był głównym szlakiem turystycznym wiodącym do zamku królewskiego na górze zamkowej. Rodziny z dziećmi, młodzież, starsze osoby, ładnie ubrane, kulturalni i ja wpychający rower pod góre, zionący alkoholem, spocony i brudny od smaru wpycham mojego czarnego rumaka na sam szczyt. Wielką radość sprawiło mi to że był to ostatni podjazd, do samej mety jechałem na luzie z górki. Pierwszy rajd w sezonie może nie był zbytnio zachęcający ale w pełni mnie pochłonął. Starty na dystansie Family wystarczyły.

Pierwszy sezon był potraktowany typowo hobbystycznie, treningi ograniczały się jedynie do objazdów tras przed zawodami. Brak strategii, brak wiedzy o właściwym odżywianiu, a przygotowanie roweru ograniczało się do jego umycia. Obecnie mogę się pochwalić troszkę większą wiedzą ,która całe szczęście przychodzi z każdym przejechanym kilometrem i każdą kroplą potu która ze mnie spływa. Drugi sezon na nowej maszynie (Dartmoor Bluebird) został rozpoczęty zdecydowanie wcześniej. Co się później okazało było to jednak i tak za późno żeby się dobrze przygotować. Pierwsze zawody jeszcze na dystansie Family jednak po zeszłorocznych przebudowach tras było to zdecydowanie za mało (trasy 15-20km). Kolejne zawody były już na dystansie FAN, nie będę sei rozpisywał na ten temat ponieważ szczegółowe informację na pewno będą zawarte w zakładce o rajdach z 2018 roku. A tymczasem z dalszym wkręcaniem się w MTB podchodziłem do tego coraz bardziej poważnie, zaczęły się regularne treningi nie tylko w terenie kręcąc korbą ale również indoor cycling (czy spinnig?), siłownia i bieganie. Zacząłem patrzeć na to co jem przed zawodami jak i po nich, mało tego, przestałem pić alkohol nawet na 3-4 dni przed zawodami żeby się nie wypłukać z najważniejszych wartości odżywczych i mikroelementów.

Mimo wielu chęci, włożonej pracy i poświęcenia w ten sport cały czas popełniałem jakieś błędy, czy to w przygotowaniu do zawodów czy na samych zawodach. Mam nadzieję że z czasem będzie ich jak najmniej. Sezon 2018 przyniósł mi pedały SPD i odpowiednie buty. Nauczyłem się profesjonalnie i bardzo szybko zmieniać dętki w kołach (dziurawe dętki w trzech zawodach). Nauczyłem się walczyć ze słabościami, komarami wpadającymi między zęby, jeszcze nie nauczyłem się hamować swoich szalonych zapędów wyścigowych ale za to polubiłem ból mięśni i piekące łydki.

Sezon 2019 – Plan jest oczywisty, być lepszym niż w sezonie poprzednim, najważniejszy punkt tego planu być lżejszym. Przygotowania rozpoczęły się już w listopadzie roku poprzedniego co mam nadzieje przyniesie wymierne korzyści podczas wyścigów. Te przygotowania dały podstawę do tego, że na kolejny sezon nad bazą będę pracował jeszcze lepiej. Kolejny plan to częstsze odwiedzanie BIKE PARKÓW oraz w końcu wystartowanie w zawodach ENDURO, o których mam nadzieje, że również uda się napisać z perspektywy amatora.